Mineralne kosmetyki Lily Lolo w jesiennym makijażu.

O licznych zaletach mineralnego makijażu pisałam już wiele razy. Te naturalne kosmetyki są dla mnie najlepszym rozwiązaniem przez cały rok, niezależnie od zmieniających się pór. Dlatego właśnie także i jesienią po nie sięgam – bo pielęgnują skórę mojej twarzy bez względu na temperaturę za oknem czy niesprzyjające warunki atmosferyczne.

Jesień jest tą porą roku, gdy królują ciepłe tony kolorystyczne: pomarańcze, czerwienie, brązy czy złota. Mój codzienny makijaż również wędruje w tę stronę – chociaż „baza” pozostaje niezmienna przez cały rok.

Baza.

Bezkonkurencyjne w tej kwestii są dla mnie kremy BB – cudownie nawilżają i pielęgnują, przy tym stanowiąc rewelacyjną bazę pod dalszy makijaż: pięknie wyrównują koloryt cery oraz sprawiają, że zaaplikowane na nie produkty pozostają na swoim miejscu do samego wieczora.

Biorąc pod uwagę, że moja cera należy raczej do tych bledszych, jasnych i w chłodnych tonach – do tej pory przeważnie decydowałam się na odcień Fairy. Jego barwa jest jasna, dzięki czemu i cera zyskiwała naturalne rozjaśnienie – szczególnie w okresie zimowo-wiosennym, gdy skóra traciła już letnią opaleniznę, idealnie stapiał się z jej kolorytem.

Tym razem, po rozmowie z konsultantką Costasy (dziękuję bardzo za pomoc!) zdecydowałam się również na wersję Light – delikatnie ciemniejszą, w cieplejszych tonach. Pani Ola doradziła, by oba odcienie ze sobą wymieszać – i to był strzał w przysłowiową dziesiątkę! W zależności od tego, jak bardzo opalona stawała się moja skóra (testowanie kremów zaczęłam jeszcze przed wakacjami), zmieniały się proporcje obu produktów. Dzięki temu mój makijaż zawsze wyglądał naturalnie, bez efektu nałożonej maski 😉

Obydwa kremy zawierają w sobie oleje: jojoba, manuka, pszeniczny, arganowy, za słodkich migdałów, słonecznikowy i z granatu. To własnie one ta dobrze odżywiają cerę, sprawiając, że staje się bardziej elastyczna i naprężona. Oleje, jako emolienty, wytwarzają na powierzchni naskórka warstwę okluzyjną, która chroni go przed uszkodzeniami mechanicznymi, niekorzystnym działaniem czynników zewnętrznych, a także wygładza -stanowiąc dzięki temu rewelacyjną bazę pod dalsze makijażowe działania.

Podkład.

O gamie kolorystycznej podkładów do jasnej karnacji już pisałam. Tak, jak zazwyczaj wybierałam te typowo blade odcienie (China Doll, Porcelain), tym razem do testów dostałam też cieplejszą wersję – Warm Peach. Podobnie, jak przy kremach BB, i tutaj dobór koloru okazał się świetną opcją przy opalającej się latem skórze. Początkowo mieszałam ze sobą ciepłą brzoskiwnkę z chińską laleczką, stopniowo zmieniając proporcje. Dzięki temu podkład idealnie stapiał się tak samo z przed-, jak i powakacyjną opalenizną.

Korektor pod oczy.

Mimo, że marka Lily Lolo ma w swojej ofercie kilka opcji pod oczy – dla mnie najlepszym wyjściem jest stosowanie podkładu Cotton. Kosmetyk jest mocno napignemntowany, dzięki czemu rewelacyjnie kryje wszelkie cienie – zawiera w sobie mikę, która dodatkowo rozświetla, nadając spojrzeniu młodzieńczej świeżości. Jego kremowa konsystencja rozpuszcza się pod wpływem ciepła palców (dlatego polecam aplikować go właśnie opuszkami!), co sprawia, że po roztarciu produkt idealnie wtapia się w skórę, wypełniając zmarszczki. Przy okazji, dzięki zawartości licznych olejów, pozostawia sferę pod oczami odżywioną, gładką i mięciutką.
Drugą ulubioną opcją „pod oczy” jest mieszanie sypkiego korektora z ulubionym kremem dedykowanym tej sferze. W zależności od życiowej kondycji (która w przeważającej części uwidacznia się w formie cieni, opuchlizny i zmarszczek;)), samodzielnie możemy wybrać stopień pigmentacji, dodając odpowiednią ilość barwiącego proszku. Oczywistą zaletą tej metody jest też element pielęgnacyjny – dobrze dobrany krem pod oczy potrafi zdziałać niemałe cuda (moim szczerym faworytem jest Czarny bez od {iossi}, który ma rewelacyjną konsystencję i cudownie wyciąga się go ze szklanego słoiczka!)

Tusz do rzęs.

A jak już o spojrzeniu mowa… 😉 Tusz Big Lash od Lily Lolo to jest mój totalny ulubieniec! Pisałam o nim dwa lata temu i wciąż zajmuje miejsce w ścisłej czołówce najlepszych maskar. Kosmetyk nie tylko podkreśla walory estetyczne, ale przede wszystkim pielęgnuje rzęsy – na dłuższą metę sprawia, że zyskują naturalną długość, stają się grubsze, bardziej elastyczne i znacznie mniej wypadają. To, co dla mnie jest jeszcze turbo ważne – a mogę napisać to z perspektywy czasu: maskara przez naprawdę dłuuugi czas pozostawała świeża, o idealnej konsystencji – nie grudkowała się, nie sypała, nie zastygała.

Konturowanie.

Ubiegłej jesieni moje serce skradł Bronzed – okazał się rewelacyjną opcją tak samo w formie rozświetlacza, jak i bronzera. W tym roku postawiłam na duety – Sculp&Glow oraz Coralista. Obie opcje są poręczne, bo w małych pudełeczkach z lusterkami dostajemy aż dwa produkty: rozświetlacz oraz do wyboru bronzer lub róż. Obydwa rozświetlacze są bardzo delikatne i neutralne – sprawdzają się zarówno w codziennym makijażu, jak i na większe wyjście. Kolorystycznie układają się pomiędzy Sunbeam, a Star Dust – odcienie nie są ani zbyt chłodne, ani za bardzo żółte, dzięki czemu powinny dopasować się do każdej tonacji skóry.

Koralowy róż z kolei dzięki subtelnie pomarańczowym tonom będzie idealnym rozwiązaniem w jesiennym makijażu. Ma w sobie lekkość, która nadaje buzi dziewczęcych rumieńców.

Bronzer wchodzący w skład duetu S&G pozornie wygląda bardzo poważnie – na skórze prezentuje się delikatnie i świeżo, bez efektu nadmiernej ciężkości. Dla mnie jest idealnie wyważony między chłodnymi, a ciepłymi tonami – jest naturalny i pięknie wtapia się w skórę, dzięki czemu ciężko z nim przesadzić.

Wykończenie.

Pudry mineralne Lily Lolo też nie są dla mnie nowością – przetestowałam je już wszystkie 😉 O ile wersja matowa nie do końca się u mnie spisała ze względu na typ mojej skóry, o tyle jedwabna wersja Flawless stała się totalnym ulubieńcem – aktualnie zużywam kolejne jej opakowanie (a przecież te pudry są kosmicznie wydajne!). Puder pięknie dopasowuje się do koloru skóry – możemy pozwolić sobie nawet na chwilę nieuwagi, bo w odróżnieniu od wersji transparentnej, tutaj ciężko zrobić sobie „krzywdę” 😉 Zaaplikowany nawet w dużej ilości, po kilku minutach stapia się z naskórkiem, dając satynowe wykończenie makijażu. Nienachalnie rozświetla cerę, optycznie wygładza zmarszczki, sprawia, że również zmęczona skóra zyskuje zdrowy i świeży wygląd.

A jak to jest u Was z makijażem? Stawiacie na minerały? Czy może jednak wciąż sięgacie po typowo drogeryjne produkty? Dajcie znać, co króluje u Was w jesiennym mak-upie!

14 komentarzy

  1. Miłośnicy make-upu pewnie już doskonale znają ten produkt. Ja się nie maluję, więc raczej omijam tego typu posty i blogi kosmetyczne.

  2. Muszę polecić siostrze, ona chce się profesjonalnie zajmować wizażem myślę że te kosmetyki ją zainteresują.

  3. Mam bardzo małe doświadczenie z kosmetykami mineralnymi. Jeszcze nie trafiłam na taki podkład, który by się sprawdził na mojej cerze. Może kiedyś uda mi się przetestować kosmetyki Lily Lolo.

  4. Jaki puder mineralny polecacie dla jasnej cery mieszanej, ze skłonnością do przesuszania się na policzkach?
    Używałam Anabelle minerals ale szukam czegoś bardziej odpowiedniego dla mojej skóry na co dzień w okresie letnim i będę wdzięczna za szczere opinie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *