Recenzja: Kallos Argan Colour Hair Mask.

IMG_2033

Od dawna w sieci można było przeczytać opinie, że arganowy Kallos ma tyle wspólnego z arganem, ile ryba z rowerem. Jednak po fali buntu i krytyki producent wziął się za siebie, dzięki czemu w składzie pojawił się i olejek argnowy. Ja miałam to szczęście, że kupiłam już odnowią wersję maski. Jak sprawdziła się na moich włosach? Okazała się hitem czy bublem mojej pielęgnacji?

Opakowanie.

Maska dostępna jest w typowych dla Kallosów opakowaniach: 1000 ml i 275 ml. Nauczona błędem wielkiego opakowania Kallos Keratin postanowiłam nigdy więcej nie decydować się na takie pudło: kupiłam więc najmniejsze z możliwych.

Samo opakowanie jest wygodne, łatwo wyciągnąć jest z niego maskę, nawet wtedy, gdy jej już prawie nie ma.

kallos

Zapach i konsystencja.

Konsystencja jest gęsta, nie przecieka przez palce ani nie spływa z włosów. Zapach z kolei jest dla mnie po prostu straszny. Ciężki, przytłaczający, chemiczny. Utrzymuje się na włosach bardzo, ale to bardzo długo. Zdarzało się, że nawet 2-3 mycia po użyciu maski moje włosy wciąż nią pachniały! Szampon z SLS również nie był w stanie domyć zapachu.

Działanie.

Po pierwszym zastosowaniu maska spowodowała na głowie całkowity puch. Byłam nią do granic rozczarowana. Już miałam podarować ją koleżance, gdy do głowy przyszła myśl: Daj jej drugą szansę! Szansę dałam i tym razem się nie zawiodłam. Pomijając kwestię zapachu, maska w 100% spełniła moje (wcześniejsze) oczekiwania. Już podczas spłukiwania włosy były idealnie gładkie, aż prześlizgiwały się między palcami. W odróżnieniu od pierwszego użycia, przy kolejnych razach nawet po wysuszeniu pukle zachowały gładkość i sprężystość. Były miękkie, sypkie, lśniące i dociążone.

Maska świetnie spisywała się nie tylko solo, ale także jako baza przy eksperymentowaniu 😉 Moją ulubioną kombinacją było połączenie z żelatyną i kilkoma kroplami gliceryny.

IMG_2020

Podsumowanie.

Mimo wielu nieprzychylnych opinii, maska Kallos Argan jest całkiem fajnym produktem. Uwzględniając jej niską cenę, typową dla wszystkich Kallosów, uważam, że warto chociaż raz ją wypróbować. W moim wypadku sprawdziła się świetnie. O dziwo, zadowoliła mnie bardziej, niż niejeden produkt z wyższej półki.

12 komentarzy

  1. Moje włosy niestety nie przepadają za Olejkiem Arganowym, dla tego też tej wersji Kallosa nie miałam. Moje rozjaśniane kłaczki bardzo lubią za to wersje Blueberry oraz Omega 😀

    1. Omega czeka w szafie na swoją kolej 😀 Blueberry i pozostałe owocki są z kolei na wishliście 🙂

    1. Ja testowałam już wersję arganową, keratynową i pro tox. W kolejce czekają multiwitamina, omega i aloes. Potem pewnie kupię i inne wersje, by móc wybrać ulubioną wersję maski Kallos 🙂

  2. Ja z kolei kupuję tylko litrowe, to przez moje skąpstwo. Sprytnie sobie wyliczam, że przy kupnie 2 słoiczków po 275 ml tak naprawdę kupiłąbym jeden litrowy 😀

    Aktualnie mam w zbiorach banana i słynne blueberry, którego szukałam po drogeriach od dawna – schodzi jak ciepłe bułeczki 🙂

    1. Ja właśnie przez skąpstwo męczę dalej keratynową wersję maski 😀 Na szczęście widać już dno, więc pewnie w najbliższym tygodniu maska zostanie zdenkowana 😉 Wolę jednak przetestować kilka mniejszych opakowań, by wybrać faworyta – i wtedy szarpnąć się na duże pudło 😉

    1. Polecam! POdobnie, jak Kallos Pro Tox. Obie sprawdzają się u mnie lepiej, niż niejedna maska z wyższej półki 😉

  3. Tej jeszcze nie miałam, męczę już prawie rok algowego kallosa, i nie kupię nowego, aż się nie skończy. I nigdy więcej litrowego…

    1. Ja też już więcej tego błędu nie popełnię 😉 Wyzerowałam właśnie mój litr keratynowej wersji. Teraz mam już tylko w zapasach małe, 275 ml opakowania 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *