Ulubieńcy i buble 2016, czyli podsumowanie roku.

podsumowanie

Rok 2016 dobiega końca. Czas więc na małe podsumowanie, tym bardziej, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy przetestowałam na włosach pół małej drogerii…;) Pośród wypróbowanych produktów znalazło się kilku ulubieńców, do których w przyszłości na pewno wrócę. Niestety, nie wszystkie kosmetyki zadziałały tak, jakbym sobie tego życzyła. Niejednokrotnie pomimo wysokiej ceny i teoretycznie bezbłędnego składu na puklach nie zostawiły żadnych efektów (lub, co gorsza, działały niekorzystnie!). Dlatego i kilka bubli wyłoniło się w tegorocznej pielęgnacji.

Oleje. Udało mi się wylać na włosy całe (hekto)litry olejów i olejków. Wśród testowanych produktów znalazły się na przykład takie znakomitości jak oliwa z oliwek, olej musztardowy, sezamowy, kokosowy, rzepakowy, lniany czy Sesa.

Zdecydowanym faworytem w kontekście pielęgnacji zewnętrznej okazała się ta ostatnia – Sesa, czyli ajurwedyjska mieszanka ziół i olei. Jedynym minusem tego oleju jest jego zapach, który zabijał mnie przy każdorazowej aplikacji: ciężki, kadzidlany, orientalny. Co gorsza – utrzymywał się na włosach przez kolejne dni i nic nie było w stanie go zatuszować. Czego jednak nie robi się dla pięknych włosów?;)

2

W odróżnieniu od Sesy, olej kokosowy aplikowany w wersji solo był istną katastrofą. Teraz już wiem, że zwyczajnie nie nadawał się do mojego typu włosów. Jednak jako początkująca włosomaniaczka niewiele wiedziałam o porowatości i doborze olejów. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: od tamtej pory kilka razy przemyślę zastosowanie specyfiku, poczytam składy i doczytam opinie, zanim zdecyduję się na zakup.

Maski i odżywki. Większość zużytych kosmetyków działała na moje włosy dobrze. Przeważnie stosowałam produkty raczej niewyróżniające się w tłumie, których składy również jakoś specjalnie nie powalały na kolana. Tak naprawdę przez większą część roku szukałam czegoś , co zdziała na puklach cuda.

5

I w końcu się udało! Przełom września i października okazał się czasem odkryć – wtedy zaczęłam testować maskę Loreal z serii Magiczna moc olejków, która już od pierwszego zastosowania nadała włosom gładkość, blask i niesamowitą miękkość. W tym samym czasie do mojej kosmetycznej kolekcji trafiła odżywka Dove Youthful Vitality. Stosowana w wersji do szybkiego spłukiwania po myciu – idealnie wygładzała i dociążała włosy, z kolei połączona z olejem i miodem, i zostawiona na kosmykach na dłuższą chwilę – odżywiała, nawilżała, dodawała wigoru.

Pośród wszystkich zdenkowanych masek największym niewypałem z kolei okazała się Absolut Repair Lipidium od Loreal Professionnel. Co dziwne, w sieci produkt zbiera wyjątkowo dobre recenzje, szczególnie w pielęgnacji włosów cienkich i delikatnych – czyli dokładnie takich, jak moje. U mnie niestety maska każdorazowo wzmagała przetłuszczanie, przez co włosy były przyklapnięte i bez życia.

1

Wcierki i stymulacja. Tak naprawdę w tej dziedzinie przez większą część roku stawiałam na sprawdzony klasyk – Jantar. Oprócz „funkcji standardowej” – stymulacji porostu – wcierka w cudowny sposób uporała się z łupieżem, a także wydłużała świeżość moich włosów. Fakt, przy dłuższym stosowaniu efekty w postaci dodatkowych centymetrów nie były już tak spektakularne, jak na samym początku bursztynowej kuracji. Robiąc jednak miesięczne przerwy każdorazowo mogłam cieszyć się szybszym wzrostem włosów.

Oprócz Janatara, na duże brawa w tym roku zasługują również chłodząca wersja maści końskiej oraz biotynowa odżywka Schwarzkopf. Oba produkty, chociaż z zupełnie innych względów, nie tylko przyspieszyły porost, ale przede wszystkim wzmagały „produkcję” baby hair i zwalczyły problem wypadających (nawet garściami) pukli.

4

Największym rozczarowaniem tego roku z kolei okazał się olejek Agafii „Poprawa wzrostu”. Jak po niczym innym włosy wypadały na potęgę, do tego na długości powodował puch. Po kilku użyciach zaprzestałam kuracji i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kosmyków wypadało przynajmniej o połowę mniej.

Suplementacja. Bez względu na to, czy stawiałam na suplementy farmakologiczne, czy te naturalne, za każdym razem efekty były więcej niż zadowalające. Zdecydowanym ulubieńcem okazało się siemię lniane, które w pierwszej połowie roku jadłam każdego dnia – zaowocowało to znaczącym przyspieszeniem wzrostu, wzmocnieniem włosów i paznokci, a także (co chyba najważniejsze) poprawą mojej odporności. Zanim zdecydowałam się na te ziarenka, byłam przeziębiona średnio raz w miesiącu, przez 2 tygodnie. Teraz, od początku roku zachorowałam jedynie 2 razy, a proces leczenia był znacznie krótszy – już po kilku dniach śmigałam zdrowa i pełna energii.

best-happy-new-year-pictures

Ten rok był bardzo barwny, nie tylko w kwestii włosowej pielęgnacji. Kiedy teraz wspominam ostatnie 12 miesięcy, dochodzę do wniosku, że mało było dni, w których nie działo się nic.

A co w przyszłym roku? Życzę sobie i Wam, by rok był jeszcze lepszy. By na starość każdy z nas mógł wrócić pamięcią i powiedzieć Tak, przeżyłem ten czas! 🙂

10 komentarzy

  1. U mnie 2016 pod względem blogowania był skromny, pod względem kosmetycznym – wypróbowałam całkiem sporo nowości. Właśnie m.in. maskę Loreal Absolut Repair i u mnie ona (jak pewnie już wiesz) zupełnie nie obciążyła włosów, nawet jeśli stosowałam ją z primerem i szamponem. Przymierzam się właśnie do recenzji tych produktów 🙂

  2. Magiczna moc olejków – u mnie ta seria to wręcz przełom w pielęgnacji moich sianowatych włosów. Maska jest genialna. Nigdy nie wierzyłam że mogę osiągnąć tak dobre rezulataty, spodziewałam się raczej mega obciążenia włosów, a tu zonk:)

    1. Miałam dokładnie takie same nastawienie! Gdy w składzie zobaczyłam parafinę – zamarłam z przerażenia! Jednak – włosy parafinę pokochały przez co maska, jak nic innego, zdziałała małe cuda 🙂

  3. Faktycznie uzbierała Ci się kupka olejów 😀 Olejek Sesa i mi zawsze wydawał się ciekawy, ale zawiera tyle rzeczy, że nie ogarniam 😉 A jeśli mówisz, że sprawdza się ciężko to chyba odpuszczę kwestię.

    Bardziej ciekawa jestem musztardowego, bo o nim nie wspominasz – sprawdzałaś jego wpływ na porost?

    1. Szczerze? Nie wiem. Nie mierzyłam wtedy porostu… Pamiętam, że faktycznie rozgrzewał skórę głowy i rewelacyjnie działał na włosy na długości – były błyszczące, dociążone, miękkie 😉

      1. Mój ostatecznie sprawdził się tylko w recepturze kremu w ramach ujędrniania. Zapychał mi strasznie skórę głowy :/ Choć w sumie nie wpadłam na to, żeby sprawdzić jak działa na długości 😀 Skoro mówisz, że fajnie to może zrobię do niego drugie podejście w ten sposób 😉

    1. To był mój pierwszy raz z marka – i bardzo trafiony 😉 Minusem jest, że odżywka jest w Polsce ciężko dostępna. Póki co widziałam ją chyba tylko w E.Leclercu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *