MWH.

Moja Włosowa Historia nie jest specjalnie długa, obyło się bez gwałtownych zwrotów akcji czy nagłego oświecenia i szczerego postanowienia poprawy.

Od zawsze miałam włosy cienkie. W dzieciństwie ich długość sięgała zawsze co najwyżej do końca szyi. Przeważnie jednak obcinana byłam na chłopczycę – moja mama, bazując na starodawnych mądrościach, uważała, że im częściej włosy ścinane w dzieciństwie, tym grubsze i mocniejsze w dorosłości. Oczywiście, w czasach wczesnej młodości zdarzyło mi się popełnić kilka (mniejszych lub większych) włosowych grzeszków, ale finalnie włosomaniaczką zostałam dopiero wtedy, gdy na całej długości miałam już naturalny kolor, a prostownica czy lokówka od dawna leżały na dnie szafy.

Jak to się stało, że mój świat zdominowała pielęgnacja włosów i wszystko co z nią związane? Zbyt mocne cięcie. A co za tym idzie – chęć przyspieszenia miesięcznego przyrostu choćby o milimetry. I tak to się zaczęło, w czerwcu 2015 roku. W pierwszej kolejności oczywiście przestudiowałam wszystkie możliwe blogi, strony i fora dotyczące przyspieszaczy czy stymulatorów wzrostu.

Wygląd czy kondycja włosów były dla mnie sprawą drugorzędną, pielęgnacja ograniczała się jedynie do szamponu i odżywki. Sporadycznie zdarzało mi się olejować włosy, robiłam to jednak olejem zupełnie nieodpowiednim do mojego typu włosów, zostawiając go na całą noc, przez co rano połowa pukli z żalem i rozpaczą spływała w kanalizacyjnych czeluściach 😉  Nie muszę więc chyba mówić, jak włosy wyglądały: przesuszony puch, niezależnie od długości, pogody czy humoru.

Z czasem jednak zaczęłam coraz więcej czytać o prawidłowej pielęgnacji włosów: o olejach, maseczkach, różnych rodzajach serum. Wtedy dowiadywałam się powoli, że włosy mają swoją porowatość, że istnieje równowaga PEH, że codzienne „drobiazgi” mają największy wpływ na kondycję pojedynczego włosa. Wtedy właśnie poznałam blogi, które zostały moją skarbnicą wiedzy i na stałe zagościły w ulubionych zakładkach.

Co zmieniło się w mojej codzienności dzięki włosomaniactwu? Oprócz wiedzy merytorycznej i widocznej poprawy kondycji włosów, nauczyłam się systematyczności! I to nie tylko w kontekście dbania o włosy. Na własnym ciele przekonałam się również, że akceptacja swoich wad czy niedociągnięć (tym bardziej tych, na które nie mamy wpływu) to już połowa drogi do własnego Szczęścia.